• ZGADNIJCIE, CO ATREUS ZNALAZŁ NA POCZĄTKU GOD OF WAR

    Twórcy gry God of War umieścili na początku God of War, który może nam powiedzieć co nieco na temat tożsamości chłopca, zanim zrobi to sama gra.

  • NIE PRZEGAP UKRYTEGO ZAKOŃCZENIA W GOD OF WAR

    Twórcy gry God of War przygotowali miażdżącą scenę zwiastującą sequel, którą da się odpalić po ukończeniu właściwej kampanii i powrocie do domu Kratosa.

  • Z KINGDOM COME WYCIĘTO BARDZO FAJNE QUESTY

    Co najmniej 18 zadań wycięli twórcy gry Kingdom Come: Deliverance przed premierą - część z nich prezentowała się naprawdę znakomicie.

  • O SETTINGI Z DLC DO FAR CRY 5 UBISOFT PYTAŁ 4 LATA TEMU

    Ankiety jakie Ubisoft wysyła do graczy najwyraźniej się przydają, bo na bazie wyników jednej z nich francuski koncern przygotował dodatki DLC do Far Cry 5.

  • KINGDOM COME POZWALA CZYTAĆ W KIBELKU

    I jest to prawdopodobnie pierwsza gra w historii, która to umożliwia. Na dodatek, ma to sens z punktu widzenia rozgrywki.

  • POLSKA WERSJA NOCY KRUKA POWSTAWAŁA PÓŁTORA ROKU

    W 2004 roku CD Projekt mocno wystawił cierpliwość fanów na próbę, zaliczając kolejne wtopy z przetłumaczeniem mocno wyczekiwanego dodatku do gry Gothic 2.

Pojawiła się fanowska ekranizacja gry Uncharted, w roli głównej znany aktor!

Wrzucił Ciekawostek - poniedziałek, 16 lipca 2018

W tym roku mija równe dziesięć lat od domniemanego rozpoczęcia prac nad ekranizacją gier z serii Uncharted - filmu przygodowego, żyjącego do tej pory jedynie w sferze plotek. Niemal od samego początku zainteresowanie projektem wykazywał kanadyjski aktor, Nathan Fillion, który uważa, że byłby idealnym wyborem w kwestii obsadzenia głównej roli i swego czasu nawet wezwał fanów na Twitterze o wsparcie jego kandydatury. Choć wciąż tak naprawdę nie wiadomo, czy jego propozycja znajdzie uznanie producentów i czy sam obraz ujrzy światło dzienne, już teraz możemy się przekonać czy Fillion w roli Drake'a w ogóle dałby radę. Stało się tak za sprawą krótkiego filmu, który zadebiutował zaledwie kilka godzin temu w serwisie YouTube.


Fillion skorzystał z propozycji kanadyjskiego reżysera Allana Ungara i wcielił się w postać Nathana Drake'a w jego skrzętnie ukrywanym dotąd projekcie. Twórcy zaznaczają, że opublikowany w sieci materiał nie jest w żaden sposób powiązany z firmą Sony oraz studiem Naughty Dog, a krótkometrażowy obraz to jedynie fanowska wizja tego, jak film Uncharted mógłby wyglądać. W trwającym niespełna kwadrans epizodzie zobaczymy nie tylko potyczki słowne z udziałem aroganckiego złodzieja, ale również rasową bijatykę i odrobinę wymiany ognia z oprychami, które są solą poszczególnych odsłon serii. Warto nadmienić, że film zawiera liczne nawiązania do wydanych dotąd gier, a także kluczowych dla sagi bohaterów. Mamy tu na myśli głównie postać Victora Sullivana (Stephen Lang) i Eleny Fisher (Mircea Monroe).


Wszystkich zainteresowanych gorąco zachęcamy do obejrzenia filmu. Niestety, na tę chwilę nie zawiera on polskich napisów.

Nie ma rzeczy niemożliwych - ktoś ukończył grę Fallout: New Vegas, nie zabijając własnoręcznie żadnego z wrogów

Wrzucił Ciekawostek - piątek, 13 lipca 2018

Znacie tę melodię. Najpierw zapoznajecie się z grą i próbujecie ją ukończyć, a jeśli po zobaczeniu napisów końcowych wciąż nie macie jej dość, odpalacie ją raz jeszcze, tym razem na ostatnim poziomie trudności. Takie podejście do sprawy z reguły wystarcza, żeby poczuć pełną satysfakcję obcowania z danym tytułem, ale dla niektórych fanów elektronicznej rozrywki jest to stanowczo za mało. To właśnie oni wymyślają skomplikowane wyzwania, których podjęłaby się zaledwie garstka osób. Takim ludziom lubimy poświęcać miejsce na łamach naszego serwisu, bo dla nas to prawdziwi bohaterowie.


Tym razem bohaterem jest użytkownik o ksywie Rhetam, który kilka dni temu zakończył trwające przeszło rok wyzwanie w grze Fallout: New Vegas. Polegało ono na ukończeniu całej kampanii w trybie hardcore na ostatnim poziomie trudności, z uwzględnieniem opcji permadeath (aktywowanej modem), która w przypadku śmierci postaci, nie pozwalała kontynuować zmagań. To jest jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Rhetam wymyślił sobie, że przemierzając pustkowia nie zabije absolutnie żadnego wroga. I ku zaskoczeniu fanów Fallouta, którzy na New Vegas zjedli zęby, dowiódł, że jest to wykonalne.

Powiedzmy sobie od razu, Fallout: New Vegas to nie Dishonored, gdzie możliwość ukończenia gry z czystymi rękoma jest zaplanowana przez deweloperów. Nic z tych rzeczy. Studio Obisidian Entertainment w ogóle nie brało takiej opcji pod uwagę, dlatego Rhetam musiał opracować własne sposoby na pozbywanie się tych rywali, których śmierć była konieczna, żeby pchnąć fabułę do przodu. Jak to zrobił? Przede wszystkim wywabiał przeciwników w kierunku przychylnych mu NPC-ów, a by to oni wykonywali mokrą robotę za niego. I nie, nie korzystał przy tym z usług kompanów, bo dołączenie towarzyszy niedoli również było zabronione. Jeśli ktoś miał zabić oponenta, to mógł to być co najwyżej kupiec z położonej nieopodal osady.

Tam, gdzie śmierć wrogów nie była wymagana, w ruch wchodziły rękawice bokserskie. Użycie tej broni nie powoduje zgonu, jedynie utratę świadomości. To w zupełności wystarczyło, żeby przeszukać ciała sporej liczby przeciwników. W miejscach, gdzie pomoc wałęsających się po pustkowiach ludzi była z góry wykluczona (np. w Kryptach), nasz śmiałek obmyślał inne sposoby na eliminowanie rywali, wywołując np. obrażenia środowiskowe generowane przez nich samych. Opracowywanie tych metod trwało tak długo, że cała przeprawa zajęła użytkownikowi kilkanaście miesięcy. Wszystkim zainteresowanym polecamy youtube'owy kanał Rhetama, gdzie znajduje się pełny zapis wyzwania.

Odrzucone intro z gry Mafia 3 było tak brutalne i kontrowersyjne, że twórcy usunęli po nim wszelki ślad z komputerów

Wrzucił Ciekawostek - czwartek, 12 lipca 2018

Sporo jest prawdy w stwierdzeniu, że najlepszym fragmentem gry Mafia III jest jej prolog. Brawurowo zrobione wprowadzenie, w którym poznajemy Lincolna Claya, jego motywacje i brutalną rzeczywistość lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, to bezsprzecznie najjaśniejszy punkt tej produkcji. Pomysłowe misje przerywane fragmentami stylizowanych na sądowe przesłuchanie przerywników dawały nadzieje, że "trójka" pójdzie śladem swojego kultowego pierwowzoru i przedstawi w niebanalny sposób historię czarnoskórego przestępcy. Potem - jak wiadomo - czar pryska, bo trzecia Mafia ma jedynie do zaoferowania serię powtarzalnych i nudnych jak przemówienia sejmowe zadań. Prolog to jednak zupełnie inna bajka. Wczoraj okazało się, że mógł on być jeszcze lepszy, bo autorzy, niczym Alfred Hitchcock, chcieli prawdziwego trzęsienia ziemi już na starcie, ale ostatecznie z tego pomysłu zrezygnowali.


W trakcie usuniętego z gry wprowadzenia mieliśmy dowiedzieć się, dlaczego Clay wziął udział w konflikcie znanym z historii jako wojna wietnamska. Deweloperzy przygotowali misję, w której główny bohater, wraz z przyjaciółmi, wpadł w zasadzkę przygotowaną przez konkurencyjny gang. Nie wiadomo dokładnie, jakich scen mieliśmy być świadkiem, ale z wypowiedzi Andrew Wilsona (producenta wykonawczego gry Mafia 3) wynika, że były one megabrutalne. Zwieńczeniem wspomnianej misji miała być też kluczowe dla sytuacji Lincolna wydarzenie - czarnoskóry oprych zabiłby w niej policjanta, co spotkałoby się - w przypadku wykrycia sprawcy - z końcem żywota protagonisty. Dlatego właśnie Clay zdecydował się na ucieczkę do Wietnamu, gdzie dzielnie odsłużył swoje w amerykańskiej armii.

Sceny te miały być tak ważne dla gry, że tylko na tę okoliczność nadzór nad sesją motion capture wziął sam Haden Blackman - reżyser Mafii III. Prace nad dopieszczeniem całości trwały kilka miesięcy, ale ostatecznie  materiał poszedł pod nóż. Autorzy uznali, że przygotowany w późnej w fazie produkcji epizod nie był tak naprawdę potrzebny, bo sam Lincoln niespecjalnie wraca w rozmowach do życia przed wyprawą do Wietnamu. Jeśli chcielibyście zobaczyć jak scena prezentowała się w akcji, to nie mamy dobrych wieści. Materiały bezpowrotnie skasowano z wewnętrznych serwerów studia Hangar 13, żeby nigdy nie ujrzały światła dziennego. Szkoda.

Nathan Drake z serii Uncharted wcale nie jest gąbką na pociski - twórcy tłumaczą dlaczego

Wrzucił Ciekawostek - wtorek, 10 lipca 2018

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Nathan Drake z serii gier Uncharted potrafi przyjąć na klatę kilka kulek, choć sam jest w stanie odsyłać niemilców na tamten świat dobrze wymierzonym strzałem w głowę? Jeśli tak, to z pewnością zainteresuje Was informacja, że zawadiacki złodziej wcale nie jest taką gąbką na pociski, jak nam się powszechnie wydaje. Jonathan Cooper ze studia Naughty Dog, który odpowiadał za animacje w dwóch ostatnich odsłonach cyklu (Kresie złodzieja i Zaginionym dziedzictwie), wyznał na Twitterze, że tracący kolory ekran wcale nie oznacza, że Drake jest ranny i wkrótce zginie. Wspomniany efekt graficzny ma symbolizować to, że kończy mu się fart.


Do tej pory mogło się wydawać, że zaimplementowana w każdej grze z tej serii mechanika związana jest właśnie z otrzymywanymi obrażeniami, a szarzejącym ekranem deweloperzy zastąpili pasek zdrowia. Nic bardziej mylnego. Studio Naughty Dog chciało w ten sposób uświadomić gracza, że szczęście Nathana systematycznie wyczerpuje się, a gdy gra stanie się czarno-biała, każdy przyjęty pocisk może być dla naszego śmiałka tym ostatnim. Oczywiście współczynnik związany jest bezpośrednio z wybranym na starcie poziomem trudności. Im jest on wyższy, tym mniej szans na przeżycie ma Drake. 

Co ciekawe, takie postawienie sprawy nie jest tak naprawdę niczym nowym. O mechanice szczęścia, która zastępuje tradycyjny pasek zdrowia, w maju 2007 roku wspomniał już serwis IGN. Przez lata wielu graczy żyło jednak w błogiej nieświadomości, a o sprawie przypomniał dopiero teraz Cooper. Jego słowa zostały zresztą potwierdzone przez Amy Hennig, która jest współodpowiedzialna za powstanie pierwszych trzech gier z serii.

Ktoś sprawdził, jak poradziłyby sobie w Mistrzostwach Świata najgorsze drużyny piłkarskie z rankingu FIFA

Wrzucił Ciekawostek - wtorek, 10 lipca 2018

Mistrzostwa świata w piłce nożnej wchodzą w decydującą fazę - już dziś wieczorem poznamy pierwszego finalistę rosyjskiej imprezy, który w najbliższą niedzielę stoczy w Moskwie bój o najwyższe trofeum. Wiemy już, że tytuł na pewno trafi do jednej z drużyn europejskich, bo w najlepszej "czwórce" turnieju pozostały drużyny Belgii, Francji, Anglii i Chorwacji. Siłę piłkarzy ze Starego Kontynentu musieli uznać reprezentanci pozostałych kontynentów. Czy tak samo byłoby, gdyby w imprezie wzięły udział najgorsze możliwe zespoły? Dzięki symulacji, którą jeden z entuzjastów elektronicznej rozrywki przeprowadził w grze Football Manager 2018, jesteśmy w stanie to sprawdzić.


Youtuber o pseudonimie GoldenFM postanowił umieścić wśród finalistów mistrzostw zespoły zajmujące ostatnie miejsca w rankingu FIFA. Z racji tego, że eksperyment przeprowadzono w czerwcu, pod uwagę wzięte zostało zestawienie z maja bieżącego roku. Trzeba uczciwie przyznać, że dzięki temu poznaliśmy wiele egzotycznych drużyn. O ile bez problemu kojarzymy takie państwa, jak Gibraltar, Malta czy San Marino, raczej nie mamy pojęcia, jaki poziom prezentują piłkarze z Królestwa Tonga, Dżibuti czy Bangladeszu.

GoldenFM nie chciał zostawiać wszystkiego przypadkowi, dlatego w sumie dokonał dziesięciu symulacji i dopiero na ich podstawie wyciągnąć możemy ostateczne wnioski. Najwyżej notowana w rankingu-Papua Nowa Gwinea (miejsce 180.) mistrzostwo wygrała tylko raz (w szóstej próbie), i raz też zdobyła srebrny medal. Królem eksperymentu okazał się Liechtenstein (cztery tytuły), ale świetnie poradziła sobie też Malta, która w dziesięciu próbach zawsze lądowała w pierwszej "czwórce" turnieju (jeden złoty medal, pięć srebrnych i jeden brązowy). Z innych wartych uwagi państw należy wspomnieć o Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej (dwa tytuły dla najlepszej drużyny mundialu) i Gibraltarze (również dwa tytuły), której największym sukcesem w prawdziwej rywalizacji była wygrana 1-0 z Maltą w 2014 roku.


Wszystkich zainteresowanych przebiegiem eksperymentu zachęcamy do obejrzenia filmu, który został eksperymentowi poświęcony. Znajdziecie go powyżej.

Zergowie ze StarCrafta mieli nazywać się inaczej - Blizzard przestraszył się filmu Toy Story

Wrzucił Ciekawostek - poniedziałek, 9 lipca 2018

Nie jest żadną tajemnicą, że w początkach swojej spektakularnej kariery firma Blizzard Entertainment chętnie kopiowała cudze pomysły. Idealnym tego przykładem byli przedstawiciele rasy orków  w pierwszej grze z serii WarCraft, którzy do złudzenia przypominali wyglądem zielonoskórych wojowników z bitewniaka Warhammer: Fantasy Battle. Jawne zapożyczenia zrodziły nawet podejrzenia, że Zamieci nie udało się zdobyć licencji od firmy Games Workshop na wykorzystanie tej marki, ale plotki te zostały później zdementowane przez deweloperów. Zapożyczeń nie brakuje także w drugim flagowym RTS-ie studia z kalifornijskiego Irvine, czyli StarCrafcie. Krwiożercza rasa Zergów wręcz kipi od nawiązań do postaci Obcego i Robali z filmu Żołnierze kosmosu (Starship Troopers).


Blizzard chciał, żeby trzecia rasa w StarCrafcie nie przypominała tradycyjnych żołnierzy (tę funkcję powierzono Protossom i Terranom) i która stawiałaby na ilość, nie na jakość. Zergowie mieli zasypywać swoich przeciwników niczym rój owadów i to założenie udało się przełożyć na rozgrywkę. Blizzard nie był jednak w stanie długo ustalić odpowiedniej nazwy dla samej rasy. W początkowej fazie produkcji określano ją mianem "Koszmarnych najeźdźców", a potem wymyślono słowo "Zurg". Nie, nie pomyliliśmy się. Istniała bardzo duża szansa, że Zergowie byliby Zurgami, gdyby nie jeden drobny szczegół. Na przeszkodzie deweloperom stanęła firma Pixar, która w 1995 roku szykowała się do premiery nowatorskiego (jak na ówczesne czasy) filmu animowanego Toy Story.

Twórcy StarCrafta odkryli, że w Toy Story ma pojawić się rasa kosmicznych najeźdźców, która nosi taką samą nazwę, jak ich robale. Obawiając się ewentualnych konsekwencji prawnych, pracownicy Blizzard postanowili zmodyfikować swoją nazwę i tak Zurg stał się Zergiem. W tym kontekście zabawny wydaje się fakt, że w Toy Story Zurgowie faktycznie byli, ale jedynie wspomniani w dialogach przez Buzza Astrala. Zły imperator Zurg pojawił się "fizycznie" dopiero w sequelu film, wydanym w 1999 roku - ponad rok po premierze StarCrafta.

Jest dobry powód, żeby odwiedzić miejscówki z gry Kingdom Come - nieopodal powstał średniowieczny escape room

Wrzucił Ciekawostek - niedziela, 8 lipca 2018

Jeśli przymierzacie się do złożenia wizyty w środkowych Czechach i odwiedzin miejscówek znanych z gry Kingdom Come: Deliverance (byliśmy i polecamy!), to być może zainteresuje Was oferta, którą przygotowali opiekunowie twierdzy znajdującej się w położonym nieopodal Malešovie. Zaledwie 30 kilometrów od Rataj i Sazawy stoi wybudowany w XIV wieku zamek, gdzie grupa zapaleńców realizuje specjalną zabawę w stylu "escape room", związaną z produktem firmy Warhorse Studios. Deweloperzy sprawują zresztą patronat nad tym wydarzeniem, dzięki czemu nosi ono status oficjalnego. Po pierwszych i, co najważniejsze, udanych próbach realizowanych w rodzimym dla Czechów języku, pomysłodawcy szykują się do realizacji przedsięwzięcia po angielsku. Start już we wrześniu.


No dobra, a na czym to polega? Trzydziestu śmiałków dzielonych jest na pięć odrębnych grup, którzy następnie eksplorują cały teren zamku Malešov (w typowym "escape room" gra odbywa się w zamkniętych pomieszczeniach, tu również na zewnątrz) i wykonują rozmaite zadania. W odpowiednim wsiąknięciu w klimaty średniowiecza pomagają odpowiednio przebrani aktorzy, którzy wcielają się w rolę kupców, wojowników i typowych mieszkańców twierdzy. To właśnie oni zlecają nam questy, zupełnie jak w pierwowzorze. Wygrywa zespół, który najlepiej poradzi sobie z przygotowanymi wyzwaniami. Wśród nich znajdują się też włamania do skrzyń.

Rekwizyty znane z gry obowiązkowe.

Choć znajomość gry Kingdom Come: Deliverance nie jest w tej zabawie wymagana, fani produktu Warhorse Studios poczują się jak w domu. Opowieść kręci się wokół jednego z bohaterów pierwowzoru (nikt nie chce zdradzić, którego), a w tle słychać doskonale znane dźwięki muzyki z soundtracku Jana Valty i Adama Sporki. Jedynym problemem może być nieznajomość języka czeskiego, ale to się wkrótce zmieni, bo twórcy przedsięwzięcia będą też organizować całe wydarzenie po angielsku. Warto też pamiętać o miejscówkach znanych z KCD. Choć zamek w Malešovie został w grze pominięty, Rataje, Sazawa i Talmberk leżą na wyciągnięcie ręki.

Wiedźmin 4 z Ciri w roli głównej - tak widziałby to aktor podkładający głos Geraltowi

Wrzucił Ciekawostek - czwartek, 5 lipca 2018

Doug Cockle jest takim człowiekiem dla anglojęzycznych fanów Wiedźmina, którym dla Polaków jest Jacek Rozenek. Amerykański aktor podkłada głos Geraltowi od początku istnienia wielbionej nad Wisłą serii, więc na Zachodzie raczej nikt nie wyobraża sobie, żeby ktokolwiek mógłby go zastąpić. Warto nadmienić, że już wkrótce Cockle przebije naszego rodaka pod względem liczby występów w roli słynnego zabójcy potworów. 19 października 2018 roku do sklepów trafi bowiem gra Soulcalibur VI, gdzie Geralt jest jednym z pierwszoplanowych bohaterów (firma Bandai Namco umieści go nawet na okładce tej produkcji). Na taki angaż nie może z kolei liczyć Rozenek, bo lokalny dystrybutor - firma Cenega - nie planuje lokalizacji tej gry.


Jeśli firma CD Projekt Red nie złamie swoich postanowień w kwestii dalszego rozwoju Wiedźmina (deweloperzy uparcie powtarzają, że dodatek Krew i wino był pożegnaniem z Rivem), Soulcalibur VI będzie ostatnim projektem, w którym Cockle wystąpi jako Geralt. Amerykanin łudzi się jednak, że na tym przygoda warszawskiego studia z popularną marką się nie skończy. W wywiadzie dla serwisu Gamereactor aktor wyznał, że gdyby to od niego zależało, stworzyłby Wiedźmina 4, ale tym razem obsadziłby w głównej roli przybraną córkę Geralta, czyli Cirillę. Doug stwierdził również, że rajcującą kwestią byłyby odwiedziny innych światów, o których dziewczyna wspomina w Dzikim Gonie podczas rozmowy z Rivem. Jednym z nich jest świat ludzi z metalem w głowach i podróżujących latającymi statkami - fani Wiedźmina widzą w tym nawiązanie do Cyberpunka 2077 i łudzą się, że w powstającej aktualnie grze Ciri zaliczy gościnny występ.

Wypowiadając się o Wiedźminie 4, Cockle mówił oczywiście w swoim imieniu, wyraźnie podkreślając, że nic nie wie o potencjalnej kontynuacji serii. Warto mieć to na uwadze, bo stwierdzenia aktora w żadnej mierze nie sugerują, iż taka gra faktycznie powstaje.

Ponad rok zajęło fanom gry Battlefield 1 odnalezienie ukrytej broni

Wrzucił Ciekawostek - wtorek, 3 lipca 2018

O fanach Battlefielda można powiedzieć wiele rzeczy, ale z pewnością nie da się im odmówić jednego - ogromnej determinacji. Właśnie otrzymaliśmy jej kolejny przykład, bo miłośnikom FPS-ów ze studia DICE udało się rozpracować zagadkę ukrytej broni w grze Battlefield 1. Rzecz to niebywała, bo poszukiwania tego konkretnego sekretu rozpoczęły się na dobrą sprawę w... lutym 2017 roku. To właśnie wtedy odkryto unikatowy nieśmiertelnik, który - jak się okazało dopiero teraz - jest absolutnie niezbędny do zdobycia bonusowej pukawki, rewolweru o nazwie Peacemaker.


Nie będziemy przytaczać dokładnego opisu dotarcia do celu, bo byłby to sporej wielkości elaborat. Najlepiej będzie, jeśli skorzystacie z zamieszczonego niżej filmu, który dokładnie wyjaśnia, co należy zrobić, aby Peacemaker trafił do Waszego arsenału. Od razu uprzedzamy jednak, że nie jest to wyzwanie dla niecierpliwych. Wpierw należy odblokować pozostałe easter eggi, a potem wykazać się uporem w wykonywaniu kolejnych kroków. Konieczne będzie żmudne wklepywanie kodów za pomocą alfabetu Morse'a i podejmowanie działań na trzech różnych mapach: Passchendaele, Somma oraz Kobarid.


Jak zwykle chylimy czoła przed społecznością Battlefielda, która pieczołowicie odkrywała kolejne kroki. Pamiętajcie, że Wy otrzymujecie gotowa, ale ktoś musiał go wpierw opracować.



Facebook YouTube Instagram Google Plus Twitter Email









Znajdź ciekawostkę po tytule gry